Trieglaff - von Thadden

MENU:

Strona główna
Pałace
Historia rodu von Thadden
Historia Trzygłowa
Cmentarz rodzinny
Kościół
Twórcy



 

                                     

 


Trzygłów -jedyna, jak dotąd, wieś w gryfickiej gminie, która ma swoją monografię. Żałować należy, iż nie jest ona w rozpowszechnieniu - nie jest wydana w formie książkowej, a jest tylko pracą magisterską znajdująca się w posiadaniu autora, Biblioteki Uniwersyteckiej w Szczecinie i Państwowego Archiwum w Płotach.
Jej autor Zdzisław Skibicki, mieszkaniec Trzygłowa od roku 1975 i nauczyciel miejscowej szkoły podstawowej pisał ją pod kierunkiem naukowym znanego szczecińskiego historyka prof. dr hab. Tadeusza Biaieckiego w czasie swoich studiów w Uniwersytecie Szczecińskim.
Praca zatytułowana "Monografia Trzygłowa w latach 1945 -1990", choć wyznaczają ją podane w tytule daty, zawiera bogaty i interesujący materiał z dziejów miejscowości od jej zarania. Rys historyczny Trzygłowa ukazał autor w oparciu o dostępne źródła w języku polskim i niemieckim. Dzięki temu mamy tu kompendium wiedzy o przeszłości wsi od pierwszej o niej wzmiance z roku 1294, kiedy to Trzygłów podlegał kapitule katedry kamieńskiej.
Autor zwrócił uwagę na istotne wydarzenia w historii Trzygłowa, które decydowały o jego istnieniu i rozwoju. M.in. podkreśla zasługi znanego rodu von Thaddenów, który miał w Trzygłowie swoją rezydencję. Podkreśla także, że miejscowość w XIX w. była znanym ośrodkiem ruchu religijnego pietystów niemieckich. Także w czasach nam bliższych, ukazuje losy kościoła p.w. Św. Elżbiety, który w latach pięćdziesiątych naszego wieku został rozebrany przy znacznym udziale mieszkańców wsi.
    Główną część pracy stanowi materiał z lat 1945-1990. Z omawianego okresu autor wybrał istotne problemy, które zaważyły na historii wsi ostatnich 45 lat. Pisze o pionierskich latach Trzygłowa (1945-1950), w których wieś zasiedlana była przez Polaków z różnych stron kraju, w tym przez zdemobilizowanych żołnierzy. Operuje przy tym nazwiskami pierwszych mieszkańców Trzygłowa. Mamy w pracy nazwiska pierwszych wójtów. Autor pisze: "...Pierwszym wójtem, mianowanym, w Trzygłowie był Leon Grzywacz (Ślązak z pochodznia), kolejnym - Mackiewicz" o wyglądzie i tuszy Zagłoby" Następnym był Józef Górzyński. Po nim to stanowisko przejął Paczkowskim, który dojeżdżał bryczką z Zagórzyc (Gryfic)"
    Z pracy Skibickiego dowiadujemy się także o działalności istniejących w Trzygłowie urzędów administracji państwowej od gminy po gromadzką radę narodową. Jest w pracy rozdział o istniejących w przeszłości instytucjach społecznych, kulturalnych i gospodarczych, których istnienie podnosiło prestiż wsi, jak na przykład: szkoła, biblioteka, przedszkole, kino, poczta, posterunek MO, młyn, sklep. Kolejna partia materiału daje wyobrażenie o modyfikacjach którym, podlegało rolnictwo indywidualne oraz potem SHR. Jest też krótka historia spółdzielni produkcyjnej, która powstała w Trzyglowie ("Złoty kłos") w atmosferze przygnębiającej w roku 1951 i z radością rozwiązanej w roku 1956.
    Z monografii Zdzisława Skibickiego o Trzygłowie dowiadujemy się jeszcze o czasie wolnym mieszkańców wsi. Inaczej on wyglądał w rodzinach rolników indywidualnych niż pracowników gospodarstwa państwowego. Z zaciekawieniem czytałem strony, na których autor pisze o 2 pierwszych odbiornikach telewizyjnych na wsi w latach sześćdziesiątych: "...Ich właściciele zawsze mieli wielu chętnych odbiorców, którzy nie zważali na wygody i oglądali na stojąco lub siedząc na podłodze" i zafascynowaniu telewizją pod koniec lat osiemdziesiątych: "...w długie jesienne wieczory, po pracy, w wielu domach zasiada się często przed dwoma telewizorami (bo drugi mają dzieci)". Nad rozwojem kulturowym Trzygłowa czuwa Pani Marianna Bączek, wśród mieszkańców cieszy się mianem ''artyski ludowej'' ona swoimi dziełami wspomaga imprezy kulturowe w gminie i w powiecie Gryfickim. Pracuje z młodzieżą mobilizując ich do poprawienia wizerunku wioski. Pani Marianna od lat wraz z parafią zajmuje czołowe miejsca w robieniu palm wielkanocnych.  

Trzygłów na przekór historii

Piątkowy, wrześniowy wieczór. W restauracji hotelu w Nowogardzie (zachodniopomorskie) wokół dużego stołu zasiada grupa starszych ludzi. Rozmawiają po niemiecku. Hotel nazywa się „Oskar”, jak bohater powieści Grassa. Starsi ludzie mówią o sobie: Trieglaffer, dosłownie: trzygłowianie. Trzygłów to wieś, 10 km od Gryfic, półtorej godziny jazdy ze Szczecina. Tu się urodzili, tu mieszkali do końca II wojny światowej. Trzygłów nazywał się wtedy Trieglaff, od Trygława, słowiańskiego bożka, którego miejsce kultu odkryto nieopodal. Dziś wioska jest jedną z pozostałości po PGR, z nowym dzierżawcą i bezrobociem. Wciąż stoi pałac rodziny von Thadden, zbudowany na początku XIX w.; tu Otto von Bismarck – właściciel posiadłości w okolicy – poznał przyszłą żonę Joannę von Puttkammer.

W 1945 r. właścicielem Trzygłowa był Reinold von Thadden-Trieglaff. Jego dom zawsze był miejscem spotkań: najpierw ruchu odnowy w niemieckim protestantyzmie, a w czasie wojny ludzi myślących inaczej niż większość Niemców. Starszą siostrę Reinolda, Elisabeth, naziści zabili w 1944 r. Po wojnie zasłynął on jako współzałożyciel ruchu ewangelickich Kirchentagów, który oprócz organizowania spotkań z udziałem kilkudziesięciu tysięcy protestantów przyczynił się do pogodzenia protestantyzmu z demokracją.

Zaraz po wojnie Reinold von Thadden-Trieglaff z rodziną i wszystkimi niemieckimi mieszkańcami tych ziem został wysiedlony. Jego syn Rudolf miał wtedy 12 lat. Dziś jest emerytowanym profesorem historii uniwersytetów w Getyndze i Sorbonie – oraz koordynatorem w MSZ ds. współpracy niemiecko-francuskiej. Dziś jest tu, wśród Trieglafferów.

Jak Trieglaff stawał się Trzygłowem

Gdy w Jałcie decydowano o przesunięciu Polski na zachód, na Pomorze Zachodnie wkraczał 2. Front Białoruski. Rosjanie zdobyli drogę Stargard–Nowogard i 5 marca stanęli w Trzygłowie. Rudolf von Thadden pierwszego żołnierza zobaczył tamtego ranka, po przebudzeniu: siedział w jego pokoju w pałacu i częstował go papierosem.

Do pałacu wprowadziło się dowództwo sowieckiej dywizji; było to idealne miejsce do działań w kierunku Szczecina. Dlatego pierwsi Polacy, przesiedleńcy z Lubelszczyzny, przybyli dopiero miesiąc później. Mały Trzygłów zmienił się w tygiel narodowości. „W wiosce mieszkali Niemcy i sowieccy żołnierze – wspomina von Thadden. – Potem zjawili się Ukraińcy, wracający z Niemiec”. Nie chcieli używać rosyjskiego, rozmawiali po niemiecku. „A potem przyjechali Polacy, którzy nie znosili się z Rosjanami – mówi profesor. – A my, Niemcy, nie wiedzieliśmy z kim trzymać. I wtedy szybko powstał alians między nami a Polakami ze wschodu. Przeciw Rosjanom. Szalona sytuacja!”.

Dla Sowietów Niemcy byli siłą roboczą. Nie było jedzenia, szerzył się tyfus. Kiedy Polacy tworzyli milicję, Rosjanom było to nie po myśli. Dlatego wieś podzielono na dwie części. Niemców Sowieci zatrzymali u siebie. „Próbowaliśmy przeżyć – mówi von Thadden. – Wszystko, co staraliśmy się robić, to uciekać od Rosjan”. Ale u Polaków nie było pracy. Rudolf sprzątał wojskową piekarnię.

O rok młodszy od Rudolfa był Alfred Bucks. W 1945 r. mieszkał w należącym do Trzygłowa folwarku Waniorowo. Wejście Rosjan tak zapamiętał: „Drogą szła jakaś dziewczynka i po prostu ją zabili”.

Przeżyć było ciężko: „Zima była ostra. A Rosjanie zabierali nam jedzenie – wspomina Bucks. – Szukałem żywności w piwnicach opuszczonych domów i zanosiłem potajemnie rodzinie”.

Kiedy przyszli Polacy, Trieglaff stał się Trzygłowem. Rosjanom także i to się nie spodobało, na ich mapach figurowały nazwy niemieckie. „Mieliśmy więc przed wsią dwie tablice z nazwą – opowiada von Thadden. – Wyżej polską, a pod nią niemiecką, ale pisaną cyrylicą. Moja matka mówiła, że to dobrze dla mnie – śmieje się – że nauczę się greckich liter i będę mógł czytać Biblię w oryginale...”.

„Tak było przez rok – ciągnie profesor. – Wielu z nas próbowało przez Szczecin przekroczyć granicę. Ale Szczecin stał się polski dopiero 9 lipca 1945. Dlaczego nie wcześniej? – von Thadden twierdzi, że to prywatna decyzja Stalina. – Jeśli Amerykanie nie wycofaliby się z Turyngii, przyszła strefa rosyjska byłaby za mała. Wtedy Stalin dałby Szczecin przyszłemu NRD. I historia potoczyłaby się inaczej. Włącznie z historią Polski, NRD...”. Rosyjska kwatera znikła z Trzygłowa dopiero w 1948 r.

Wcześniej jednak zaczęły się wysiedlenia.

„W marcu 1946 Rosjanie powiedzieli, że mamy 10 dni na spakowanie się – wspomina Alfred Bucks. – Staliśmy pod pałacem dzień i noc. Było 10 stopni poniżej zera”. Poprowadzono ich piechotą do obozu w Gryficach. Po drodze Bucks zobaczył sąsiadkę, z zamarzniętym niemowlęciem. Rosjanin podszedł, odebrał trupka matce i rzucił w pole.

Z Gryfic trafili do Szczecina. Bucks: „Obóz w Szczecinie miał płot z drutu kolczastego. Zajrzałem kiedyś do piwnicy jednego z domów. Po okna była wypełniona trupami”.

W marszu szedł również Ekhart Bro-ckhaus, 12-letni syn ogrodnika von Thaddenów. W obozie w Gryficach pozostał do lata 1947. Z matką, babką i sześciorgiem rodzeństwa mieszkał na 18 metrach kwadratowych. „Spaliśmy na słomie – opowiada. – Starsi pracowali w fabryce cukru, my żebraliśmy. Pewnego dnia kiedy żebrałem, spotkał mnie polski chłop i przyjął do pomocy w gospodarstwie, za wyżywienie. Pracowałem u niego pół roku”.

Potem wywieźli ich do Szczecina, a stamtąd do Niemiec. Do strefy amerykańskiej.

„Wy w Gryficach żebraliście. My kradliśmy jedzenie – wtrąca Henning Köpsel, dziś doktor uniwersytetu w Jenie, który wtedy jako dziecko pracował przy rosyjskich koniach. – Jeszcze kilka lat temu śniły mi się one po nocach” – wyznaje.

Z Pomorza Zachodniego transporty chodziły na zmianę do strefy brytyjskiej, amerykańskiej i rosyjskiej. „Ci, którzy trafiali do dwóch pierwszych, mieli szczęście” – mówi von Thadden, który do szkoły chodził w Genewie, a potem studiował w Getyndze, aby w 1974 r. zostać tam rektorem. Dziś mówi, że historykiem zapragnął zostać wtedy, w Trzygłowie, patrząc na to, co się stało.

Pałac w PGR

Ze starego Trieglaff został tylko pałac.
Rudolf von Thadden wrócił tu w 1977 r., z ekipą niemieckiej telewizji. Przygotowywano program o jego ojcu, współtwórcy Kirchentagu, i profesorowi zależało na ujęciach dawnego domu w Trzygłowie. Bał się, co zastanie. Wieś stała się po wojnie dobrem Państwowego Gospodarstwa Rolnego. W 1970 r. wsie w okolicach Gryfic wyłączono z PGR-ów i przeznaczono dla Stacji Hodowli Roślin, jednej z wówczas tworzonych. Pałac von Thaddenów stał się siedzibą biura i domem dyrektora stacji.

W 1977 r. był nim Leon Momot, który właśnie odławia pstrągi ze swoich stawów w pobliskim Mołstowie. Wieczorem Trieglafferzy zjadą się do niego na pieczoną w ogniu rybę. „Pamiętam popołudniową niedzielę 1977 r., gdy graliśmy w tenisa na korcie pod starym dębem w Trzygłowie – wspomina. – Podszedł do nas jakiś Niemiec. Zaprosiłem go na herbatę”.

Jakiś czas później von Thadden zaprosił rodzinę Momotów do Getyngi. Leon Momot wspomina tamtą podróż za żelazną kurtynę, z karabinami maszynowymi na granicy i drobiazgową kontrolą bagażu. „Nasi sąsiedzi przeżyli szok, kiedy wróciliśmy – dodaje syn Marcin, dziś absolwent prawa. – Byli przekonani, że zostaniemy na Zachodzie”.

Przyjaźń von Thaddenów i Momotów trwa do dziś – to oni organizują zjazd Trieglafferów. Córka Leona Magdalena, która studiuje w Getyndze germanistykę, nie odstępuje Niemców na krok. Pamięta, jak przed laty rozwiały się obawy profesora o to, w jakim stanie będzie rodzinny pałac: „Był szczęśliwy, pałac akurat wyremontowano”.

Bo Leon Momot nie był typem dyrektora PGR-u, który pozwalał niszczeć temu, co miał w inwentarzu. Do Trzygłowa trafił 7 lat wcześniej, jako stażysta po studiach w Szczecinie. Mówi dziś, że to był przypadek: miał do wyboru kilka miejsc, gdzie mógł podpisać umowę o staż i tylko cztery dni na zobaczenie ich przed poborem do wojska. Wsiadł na motor marki Junak i ruszył w objazd. Skrzynia biegów Junaka rozsypała się już w Stargardzie. Nie zdążył obejrzeć Trzygłowa, umowę podpisał w ciemno.

Wkrótce miało mu przypaść organizowanie produkcji roślinnej na 4600 hektarach. Powstawała Stacja, był czas wielkich planów. Ale to, co zastał, wyglądało fatalnie: „Zaszedłem na podwórko pałacu, mam ten obraz w pamięci. Przy wejściu stodoła z oberwanymi drzwiami i uszkodzonym dachem. Sąsieki zapchane obornikiem. Na podwórku, gdzie był ogród, sterta gnoju, którego smród w upale nie dawał wejść. Zdewastowany park maszynowy”.

Momot pracował tu do 1974 r. Trzy lata później wrócił, już na stanowisko dyrektora – i zamieszkał z rodziną w skrzydle pałacu. Jego dwójka dzieci dzięki przyjaźni z Thaddenami jeździła do Niemiec na kursy językowe.

„Doprowadziłem Trzygłów do ładu – mówi Leon Momot. – Zrobiłem korty, uporządkowałem cmentarz, w pałacu zacząłem przygotowywać bazę hotelową, a w zabytkowej oborze była kontenerowa przechowalnia ziemniaków, jedna z pierwszych w województwie”.

Momot był z siebie dumny, póki nie przyszedł październik 1991 i ustawa o Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. „Wtedy zastanawiałem się, czy dobrze robię, ciągnąc firmę na wysoki pułap. Gdy Trzygłów wszedł do Agencji w bardzo dobrym stanie, był drogi. Więc dla mnie nieosiągalny. A przecież byli tacy, którzy firmy pozadłużali, wzięli w dzierżawę, a potem wykupili wierzytelności za dziesięć proc. własnych długów. I kto był mądrzejszy?” – pyta z gorzkim śmiechem.

Według Leona Momota zmiany w Trzygłowie chyba najbardziej przeżył von Thadden. Ponoć kiedyś miał mu powiedzieć, że niedobrze byłoby, gdyby przejął to wszystko Niemiec. Choć dziś przekonuje, że ludzie po obu stronach Odry mają podobną mentalność, zaznacza, że nie dotyczy to Niemców z Zachodu: „Oni przychodzą i mówią »my wiemy lepiej, jak to się robi« – tłumaczy.

Ale stało się. Gospodarstwo wykupiła pewna polska spółka, a potem sprzedała udziały niejakiemu panu Bertramowi z Helmstedt, z Dolnej Saksonii.

Nasze małe spotkanie

Swoją przyjaźń z Momotami von Thadden chce widzieć także w „szerszym aspekcie”: „Historyk zawsze powinien myśleć w długich horyzontach czasowych – tłumaczy. – Państwa śródziemnomorskie łączy solidarność. My mamy prawo do solidarności nadbałtyckiej. Różnice między Niemcami a Polakami nie są tak wielkie. Mamy mniej więcej tę samą mentalność – co ma dotyczyć zwłaszcza Niemców z byłych niemieckich kresów. – Interesujące, że ci Trieglafferzy, którzy pochodzą z byłego NRD, interesowali się naszym zjazdem bardziej niż ci z Niemiec Zachodnich – zauważa. – Także rozszerzenia Unii chcą głównie Niemcy z byłej NRD. A że w zjednoczonej Europie możemy funkcjonować tylko, gdy się poznamy, dlatego nasze małe spotkanie jest tak ważne”.

Symbol tych procesów, Trzygłów, to dziś poniemieckie chałupy, kilka popegeerowskich bloków, pałac i rudery byłych czworaków, gdzie kręcą się brudne dzieci. Na dziesięciu mieszkańców czterech nie ma pracy. W sklepie przy blokowisku kilka podstawowych artykułów, z papierosów tylko „Mocne” i „Fajranty”.

Bertram obwozi Trieglafferów po 1200 hektarach gospodarstwa. W PGR-owskim baraku ma wzorowy park maszyn z traktorami wielkości czołgu. Zatrudnia kilkanaście osób, w sezonie do 20. Starzy Niemcy przyklejają czoła do szyb busa. „O, przed wojną było tu boisko” – pokazuje Bucks. Bertram skarży się, że zmorą jego pól są porzucane wszędzie plastikowe butelki. W czasie obiadu powie też o łapówkarstwie, o dwóch skradzionych samochodach.

Zenon Czajkowski, sołtys Trzygłowa, mieszka w PGR-owskim bloku. Chwali dzierżawcę: „To dobry człowiek. Ludziom pomaga, łoży na kościół. I bardzo dobry rolnik” – zapewnia. Pytany o życie wsi, zawiesza głos: „Duże bezrobocie, trzeba przyznać. Dużo rencistów, każdy się stara na wcześniejszą pójść. Takie czasy. Kiedyś pracowało tu więcej ludzi. A teraz u pana Bertrama jest sprzęt i robi swoje”.

Tysiące hektarów byłych pomorskich PGR-ów, które kilka lat temu zarastały ugorem, to dziś połacie buraków cukrowych, zboża, szparagów. Może to szansa dla terenów o najwyższej stopie bezrobocia w kraju? „Ludzie czasami coś u Bertrama dorobią – dodaje Czajkowski, patrząc w podłogę. – Pewnie, będzie więcej inwestycji, to i więcej pracy. Choć on ma taki sprzęt, że wątpię, czy więcej ludzi będzie pracować”.

W Gryficach, na schludnie odremontowanym rynku, stoi obelisk z tablicą odsłoniętą w maju 1995 roku: „Pamięci wszystkich, którzy przyczynili się do zwycięstwa i polskości tych ziem”. Czy dzisiejsi Pomorzanie nie boją się nadejścia niemieckiego kapitału? Sołtys i ksiądz proboszcz zapewniają, że ludzie nie odnoszą się do Niemców wrogo. „Ale wie pan, na pewno coś w tym jest – zastanawia się Leon Momot – tylko że jeśli to nieuchronne, trzeba współpracować i konkurować ekonomicznie. Jakie jest inne wyjście?”.

„Rozumiem te obawy – mówi Rudolf von Thadden. – Ale popatrzcie na mnie i Momotów. Kiedy Polacy i Niemcy robią coś wspólnie, jest dobrze. A kiedy Niemcy, jak Bertram, przychodzą sami, wygląda to jak kolonizacja. A ja chciałbym, żebyśmy zrobili coś razem”. Von Thadden marzy: „Chcę Europy Ludzi, a nie tylko Europy Produktywności. Żeby Polacy i Niemcy znowu spotykali się jako ludzie, a nie tylko jako siły produkcyjne.

Bertram ripostuje: „Wszystko jedno, czy przyjdzie przedsiębiorca niemiecki, czy polski. Żaden nie będzie mógł zatrudnić za wielu ludzi. Szkoda, że w Polsce tak dużo ziemi jest nie zagospodarowane, leży odłogiem. Bo Polska w Unii będzie konkurencyjna!”. Bertram przyjechał do Polski, bo w Niemczech wolnej ziemi już nie ma. Kraje kandydujące są idealne do inwestowania. I to jak najszybciej, bo po akcesji nie będzie już można konkurować ze starającym się o te hektary naprawdę dużym kapitałem. „Dlatego zacząłem najwcześniej, jak mogłem – opowiada. – Wszystko jedno, gdzie się zaangażujemy, skoro i tak będziemy mieszkać w jednym domu, w Europie. Kto będzie tu pierwszy, wygra”.

O studiującej w Niemczech Magdalenie Momot von Thadden mówi, że to „żywy most między Niemcami a Polską”. Magda, pytana o europejską przyszłość swego regionu, krzywi się: „Wspólna Europa? Po prostu żyjmy, szanujmy się z sąsiadami, wtedy wszystko będzie funkcjonować. Niepotrzebne będą patetyczne słowa”.

Żyli i byli szczęśliwi

Niedziela. Kościółek w Trzygłowie, do którego proboszcz dojeżdża z oddalonego o 7 km Świeszewa, wypełnia się miejscowymi i starymi Niemcami. Tym pierwszym miejscowi zostawiają pierwsze ławki. Niemcy są protestantami, nabożeństwo będzie ekumeniczne.

Magda Momot rozdaje kserokopie niemieckich pieśni, będzie „Lobe den Herren”. Z proboszczem nabożeństwo odprawia ks. Joachim Feński, Kaszub. Przy wejściu do kościoła tablica zasłonięta niebieskim płótnem („W kolorze flagi Unii” – zauważa von Thadden). W czasie kazania proboszcz wspomina silnik do organów, który przed laty profesor załatwił w Niemczech dla kościoła. Przez ten silnik do kościółka dotarła Służba Bezpieczeństwa: na Mszę z okazji uruchomienia instrumentu miał przyjechać von Thadden. Nie dotarł, ale dotarli smutni panowie; mieli słuchać jego przemówienia.

„W XX wieku Polska i Niemcy wiele przegrały – mówi teraz profesor. – Ale w końcu jest coś takiego, jak solidarność przegranych. Wierzę, że w naszej historii mamy z Polakami 60, może 70 proc. wspólnego. Musimy tyle się jeszcze o sobie dowiedzieć.

W czasie Komunii dwaj kuzyni, Thadden i Gottfried Schramm klęczą – jak lata temu – przed ołtarzem, z pochylonymi głowami. Po Mszy grupka dawnych i obecnych trzygłowian stoi przed zasłoniętą tablicą. Profesor powtarza słowa o Europie, będącej czymś więcej niż wspólnotą polityczną i gospodarczą. „Jeśli nie będziemy się spotykać jak rodzina, nie będzie żadnej Europy – przekonuje. – Tu jako chrześcijanie mamy szczególną rolę, centrum naszej wiary jest przekonanie, że każdy z nas będzie zbawiony od strachu ku wolności. Dlatego jestem wdzięczny, że my trzygłowianie ze starej ojczyzny możemy razem z trzygłowianami z nowej ojczyzny odsłonić tę tablicę”.

Podobnych tablic na Pomorzu przybywa: upamiętniają poległych w 1945 r. albo Niemców, pochowanych na zapomnianych cmentarzach. Najbliższa jest w parafialnym Świeszewie. Ale ta będzie inna. Henning Köpsel z Jeny (była NRD), który odszukał rozsianych po Niemczech Trieglafferów i autor napisu na tablicy, tłumaczy: „Ludzie przychodzą i odchodzą, ale wieś trwa. Nasze korzenie wywodzą się z tej miejscowości, to jest nasza więź”.

Spada płótno. Na tablicy z datą 8 września 2002 roku napis po polsku i po niemiecku. „Pax vobis” – brzmi nagłówek. A potem: „Ku pamięci pokoleń niemieckich trzygłowian, które tutaj żyły i były szczęśliwe, z życzeniami szczęścia dla tych, którzy dzisiaj mają tutaj swój dom”.

 

 
 

powered by Adam & Kamil 4.X.2004 r.